Czego znowu musiałam się nauczyć o wyjeżdżaniu do Japonii

2019 jest solidnym kandydatem na najbardziej krejzi rok dekady – zwiększone ilości YOLO w organizmie skłoniły mnie do podjęcia jeszcze jednego wyzwania – organizacji podróży poślubnej. Do Japonii, a juści! Kokoro mówi, a dran słucha. Taki mamy układ. Mąż ubolewa nad stanem finansów, ale liczę na to, że pierwsza micha tempury udobrucha jego serce. 

To mój trzeci wyjazd, ale ponieważ od ostatniego minęło 5 lat, a technika poszła do przodu, jest dużo rzeczy, które musiałam zriserczować od nowa. Może przydadzą się Wam wyniki moich rozkmin?

Ok, wyjazd – krok pierwszy – termin. Rozsądnym jest planować na przynajmniej pół roku do przodu, śledzić ceny biletów lotniczych, promocje… ale rozsądek został wyrzucony z równania na samym początku.

Wyciągam planner Hobonichi Weeks, i puszczam wodze fantazji – jaki termin pogodowy jest najbardziej dogodny? Wczesna jesień? Potem tylko upewnić się, że dni podróży wypadają na ‘daian’ – szczęśliwy dzień wg japońskiego kalendarza rokuyou (o tym osobna notka kiedyś!) i jesteśmy w domu. Wylot za 1.5 miesiąca. Ajć.

Cierpliwości wystarczyło mi na tylko kilka dni porównywania cen biletów – ostatecznie wyszło, że najwygodniej jest nam wskoczyć w południe w samolot we Wrocławiu, zrobić kilka skłonów w Warszawie i po 10 godzinach z hakiem obudzić się na śniadanko w Naricie. Owszem, jest to najdroższy jak do tej pory lot w moim życiu – nawet porównując do poprzedniego lotu do Japonii 5 lat temu, ale zwalam winę na inflację. Plus nie musimy czekać gdzieś 6h na połączenie. Zobaczymy jak lata się LOTem na takich dystansach.

Bilety są. Dokonało się. Kiedy już przeszłam wszystkie stadia żałoby po funduszach, które wyparowały z konta, mogłam zacząć zastanawiać się `co teraz’.

Założenie wycieczki – większość turystycznych `must see’ mamy już zaliczonych, więc może tym razem uda się nieco zredukować ilość chodzonych kilometrów na rzecz chillu, zdjęć, jedzonek i *kaszl*zakupów*kaszl*.

Sięgnęłam po stary, zasłużony travel journal jako punkt odniesienia i zadumałam się nad screenshotem kalendarza w widoku miesięcznym – co, gdzie i kiedy? Doświadczenie mówi, że jedna wersja planu to mrzonka, dlatego tym razem poszłam drogą cyfrową i mazania po tablecie do skutku.

Tutaj wypadnie mi spotkanie… na Kioto zawsze jest za mało czasu… a chciałoby się jeszcze odwiedzić Osakę i okolice… chcę jeszcze zahaczyć o Hakone, ale nie mam pojęcia o tym miejscu…! Ból głowy incoming. 

Tutaj zahaczamy już o Krok Drugi – JR Pass czy `pas’? (haha hoho)

Tanie to nie jest, ale nie wyobrażam sobie objazdowej wycieczki po Japonii bez niego – bezstresowe podróżowanie pociągami to najlepsza rzecz, a JR Pass pokrywa nam koszty większości pociągów (należących do Japan Railways), w tym niektórych Shinkansenów! A taka przejażdżka to atrakcja sama w sobie. 

Trafiłam na kapitalną rzecz – kalkulator opłacalności JR Passa. Jeśli w głowie rysuje nam się już jakie miejsca chcielibyśmy odwiedzić, to przy jego pomocy można łatwo oszacować, czy warto zainwestować w przejazdówkę z wyprzedzeniem (zamawia się ją przez internet, pocztą przychodzi voucher i można go wymienić na /multipass/ na lotnisku lub w punktach obsługi Japan Railways na głównych stacjach.)

Kalkulator pokazuje ile średnio kosztują bilety z miasta A do miasta B i dodając kolejne cele widzimy w podsumowaniu czy wyjdziemy na tym interesie na plus. Warto sprawdzić, bo koszt Shinkansena z Tokio do Kioto i z powrotem praktycznie pokrywa już 7-dniowy JR Pass. 

W naszym wypadku wyjdzie ‚na styk’, ale komfort jest nieoceniony. 

Trzecia sprawa – rosną wydatki – do zaklepania hotele, JR Pass, jakiś hotspot wifi czy chociaż kartę SIM wypadałoby zamówić (kolejna nowa rzecz, która zyskała na popularności od mojego ostatniego wyjazdu)… jak żyć, czym płacić?

Zakładać specjalnie konto walutowe w banku by zapłacić przez internet? Ile kupić gotówki w kantorze? (Ostatnio 100jpy widziałam po 4,10zł, myślałam że fiknę). 

Podpytuję znajomych, co ostatnio wyjeżdżali – Revolut! Przewracam oczami. Jak nic startup do kręcenia kryptowalutami, co istnieje do machlojów finansowych. No ale ściągnęłam appkę, zakładanie konta okazało się bajecznie proste, a wręcz przyjemne. Użyłam linku referencyjnego od koleżanki i obie dostałyśmy po 25zł do portfela, najs!

Z tego co rozumiem, Revolut działa tak, że przelewasz złotówkowe fundusze z banku/Apple pay etc na swój Revolutowy rachunek i płacąc w sieci/za granicą automatycznie jesteś rozliczany w docelowej walucie – a jako że Revolut wymian dokonuje po naprawdę korzystnym kursie międzybankowym, oszczędności są naprawdę widoczne gołym okiem! Również dosłownie, bo w appce są wykresy, dzięki którym można w przejrzysty sposób ustalić na co wydajemy. 

Zachęcona pozytywnym wrażeniem zamówiłam również ich kartę fizyczną Visa (jej packaging jest obłędny, ale nie będę spoilerować!), płatności wirtualną kartą również bez problemu. Zobaczymy jak będzie z wypłatą pieniędzy z bankomatów za granicą, ale na pewno opiszę jeśli pojawią się jakieś problemy. 

Bilety są, pieniądz ogarnięty, wifi mam nadzieję, że będzie śmigać. Noclegi zaklepywałam przez Booking.com – jakoś się jeszcze nie nacięłam. Airbnb też wchodziło w grę, ale hotele też da radę wybrać nie za drogo. Inna rzecz, że pokoje są tyyyyyyyycie – mam nadzieję, że zmieścimy się z walizami. No ale o tym też się dowiecie. 

Z dziwnych rzeczy – zamówiłam na wyjazd wizytówki dla drankokoro! Nie jest to absolutnie żaden wymóg, ale jeśli planujecie spotkania, nawet towarzyskie, to myślę, że warto mieć w zanadrzu. 

Do wyjazdu został tydzień z hakiem. Ilość drobnych pierdół do ogarnięcia – wielka. Patrząc na dwutygodniową rozpiskę drapię się po głowie co, gdzie i jak, ale jakimś sposobem bardzo chciałabym, żeby był to jednak… urlop.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *